Najpopularniejsze  dziś  w onet

          

Jaka to melodia Barbara Torzewska czerwona suknia Agata Torzewska corka Marek Torzewski

Marek Torzewski z żoną i córką

Gwiazda światowego formatu. Równie swobodnie czuje się na stadionie, jak w La Scali pod batutą Zubina Mehty. Dla kibiców naszej reprezentacji piłkarskiej śpiewał hymn Do przodu, Polsko. Sam jest zawsze do przodu i bez uprzedzeń. Słynny tenor Marek Torzewski z żoną Barbarą Romanowicz-Torzewską i córką Agatą stanowią wspaniałe, kochające się rodzinne trio. Od lat mieszkają w Brukseli. Od lat Europa leży u ich stóp.

Niepowtarzalni. Na co dzień barwni, co nie jest zbyt częstym zjawiskiem wśród artystów operowych w cywilu. Spontaniczni, jak mało którzy Polacy, a zwłaszcza ci z autentycznym światowym sukcesem na koncie. Nierozerwalni, jak mało która rodzina. Pod każdym względem szokująco inni i nieprzeciętni. Potrafią wzruszać się do łez i śmiać do rozpuku. Potrafią tęsknić do nieprzytomności, bo nie mogą bez siebie żyć. Od prawie 33 lat mieszkają w Brukseli, gdzie słynny tenor związany jest z Operą Królewską. Ponieważ na długo zostali odcięci od rodziny i bliskich w kraju, byli zdani na siebie. Przyjęli to jako okoliczność sprzyjającą. Zaprocentowało. Dziś wszyscy troje razem podróżują, pracują i występują. To, co mogło ich kiedyś podzielić, dzisiaj dodatkowo wzmocniło. Oklaski przeznaczone dawniej dla samego Marka teraz zbiera cała rodzina. Właśnie nagrali płytę pod znamiennym tytułem: Magnes dusz.

Partnerzy

Ich dusze przyciągnęły się 35 lat temu. Barbara i Marek spotkali się w chwili, gdy każde z nich miało pełno artystycznych ambicji i każde – potencjalnie – wszelkie szanse na zrobienie kariery. On śpiewał w łódzkim Teatrze Wielkim. Ona była obiecującą aktorką, absolwentką Filmówki. Znajomi potrafili brutalnie przestrzegać przed rafami, na jakie może natrafić związek dwojga artystów. Wiedzieli swoje.

BARBARA ROMANOWICZ-TORZEWSKA: Kiedy postanowiłam zająć się rodziną, dyrektor mojego teatru próbował mi perswadować, że to niedobry pomysł, bo stawiając na karierę męża, poczuję się pewnego dnia jak piąte koło u wozu. Tymczasem od dawna doceniam to, że mam takiego faceta. Tak wielkiego, a tak mojego.

MAREK TORZEWSKI: A mnie starszy kolega powtarzał, że nie sztuka być gwiazdą jednego sezonu, lecz trwać w kunszcie i sławie przez lat 35 . W życiu jest tak samo: co to za związek, który rozpada się po roku? My jesteśmy razem 36 lat. Nie chodzi o rekordy. Zresztą jestem długodystansowcem. Ale najważniejsze w naszym przypadku, że spotkało się dwoje niepoprawnych romantyków. Może bycie romantykiem wydaje się kiepskim pomysłem na obecne czasy, ale jeśli znajdzie się drugą taką samą osobę, jest fantastycznie w każdych okolicznościach.

BARBARA: Miewałam rozterki zawodowe czy ambicjonalne. Ale nasze uczucie i wzajemne przyciąganie okazały się silniejsze. Dlatego, gdy z Belgii przyszła wspaniała propozycja kontraktu dla męża, automatycznie zrezygnowałam ze swoich planów zawodowych. Nigdy nie chciałam poczuć się ofiarą, bo dopiero wtedy byłabym nieszczęśliwa. A ja jestem szczęśliwa. W dużym stopniu dlatego, że Marek nigdy mi nie dał odczuć, że zostałam gdzieś z tyłu. To, że od dawna jeździmy razem, że mąż potrzebował mojej pomocy czy podpowiedzi artystycznej, sprawiło w sposób naturalny, że zostałam jego menedżerem.

MAREK: Nigdy nie zapomniałem, że żona poświęciła swoją pracę i zdecydowała się urodzić dziecko. Położyła na szali cały swój talent i wysiłek, który włożyła w studia. Wszystko po to, żebym ja mógł śpiewać. Gdyby tego nie zrobiła, nie wiem, czy moglibyśmy być razem.

BARBARA: Uczucie i związek z drugim człowiekiem wymagają kompromisów i dyplomacji. My jesteśmy spontaniczni, lecz mamy świadomość, że nawet gdy już młodzieńcze zauroczenie przeradza się w stabilne uczucie, wciąż wymaga ono pielęgnacji. Nic nie jest dane na zawsze.

MAREK: A życie nie składa się z samych sukcesów. Kiedyś, w dniu premiery, dopadła mnie choroba, straciłem głos. Zastępstwa nie znaleziono. Proszę sobie to wyobrazić: wychodzi na scenę facet, orkiestra gra, dyrygent daje znak, a tu nie można wydobyć z siebie ani dźwięku. Oto spełnienie najgorszego snu śpiewaka. Wtedy, przed występem, zadzwoniłem do Baśki i ona jak najlepszy przyjaciel i terapeuta mówiła: „Mareczku, walcz”. I powtarzała, że jest ze mną. Po spektaklu zadzwoniłem znowu, już kompletnie bez głosu, i szeptem mówiłem: „Baśka, skończyłem”. Wielka była w tym jej zasługa. I właśnie te trudne chwile łączą ludzi. Czasami zastanawiam się: ile ja mogę jeszcze pośpiewać? Przeciętnie schodzi się ze sceny po sześćdziesiątce. A później zostaje jeszcze 20 lat życia, które też muszą mieć swoją jakość. Całe życie pracujemy na emeryturę. Na emocjonalną emeryturę też.

BARBARA: Tamta premiera, kiedy mąż zachorował, to była sytuacja ekstremalna. Na co dzień Marek, jak każdy artysta, lubi się zamknąć i wtedy trzeba z nim rozmawiać, nieraz na siłę. Wiem, że to ma wielki sens i że na tym powinna polegać moja rola.

MAREK: Po wspomnianym spektaklu pomyślałem: „A co by było, gdybym nie miał do kogo zadzwonić?”. Dla mnie rodzina, żona, dziecko są wartościami stałymi. Pieniądze przychodzą, odchodzą, raz jest ich więcej, raz mniej. Ale jak żona odejdzie?

BARBARA: Chyba ci to jednak nie grozi.

MAREK: Na szczęście. Znam mnóstwo artystów, którzy osiągnęli bardzo dużo, a potem odbierali sobie życie. I nie liczyła się kariera, talenty, sława. Nie mieli do kogo zadzwonić… Nam zdarza się płacić gigantyczne rachunki telefoniczne.

Emigranci

Bruksela powitała ich jasnością. Kraj, w którym nie tylko ulice miast, ale również autostrady są oświetlone, wydawał się bajką w porównaniu z ciemną, ponurą PRL-owską rzeczywistością. Był rok 1987. Marek Torzewski, po trzech sezonach gościnnych występów w Operze Królewskiej w Brukseli, dostał tam stały kontrakt. Tym razem pojechali całą rodziną.

BARBARA: Nie chcieliśmy być emigrantami. Nie mieliśmy takiego planu. Gdy mąż dostał propozycję kontraktu, wyjechaliśmy w pełni świadomi wyróżnienia i okazji. To były trudne czasy.

MAREK: Tutaj było tak ciężko pod względem bytowym, że jak się urodziła Agata, pojechałem na festiwal do Krynicy głównie po to, żeby zarobić na pralkę automatyczną. Najpierw kupiliśmy tę pralkę, później lodówkę. Zdobycie obu graniczyło z cudem. Po pralkę jechaliśmy na Śląsk.

BARBARA: Było też trudno z powodów politycznych. Część artystów po stanie wojennym nadal bojkotowała media i państwowe imprezy. Wtedy właśnie skończyłam szkołę filmową i jako młoda aktorka musiałam dokonywać bardzo trudnych wyborów ideowych: albo jesteś z nami, albo nie występujesz. Tak ówczesne władze stawiały sprawę. Jesteśmy pokoleniem, któremu zabrano szansę wyładowania się z młodzieńczym zapałem do pracy.

MAREK: Nie byliśmy tak znanymi aktorami czy śpiewakami, by nasze głosy mogły się przebić w aktach protestu. Miałem wtedy za sobą występy w Brukseli, jako młodemu śpiewakowi udało mi się zagrać sporo dobrych ról i przedstawień. Ale zrodził się problem, że nie mogę być dla tej sceny dyspozycyjny, skoro mieszkam w Polsce. Powtarzały się kłopoty z wyjazdem z Polski i pozwoleniem na pracę w Belgii. Dyrektor brukselskiej sceny wreszcie się całą tą sytuacją zniecierpliwił i zaproponował kontrakt.

BARBARA: Spakowaliśmy się w kilka tygodni. Nie było czasu na roztrząsanie decyzji, na sentymenty. W kraju nasza rodzinna sytuacja stawała się coraz trudniejsza. Na skutek tarć i niezadowolenia dyrektora z wyjazdów męża pozbawiono go etatu, a w ślad za tym mieszkania służbowego. W tej sytuacji wyjazd na stałe był decyzją oczywistą. Mąż miał 27 lat i dostał wyjątkowy kontrakt stały, co się w tamtejszych teatrach nie zdarza.

MAREK: Gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności, który sprawił, że zacząłem śpiewać w teatrze brukselskim, nie zaśpiewałbym potem na scenach w La Scali, Paryżu, Nowym Jorku. Nie byłoby występów z dyrygentami tej klasy i sławy, co Zubin Mehta czy Claudio Abbado. Bo propozycje przychodzą raz, a potem jedna nakręca drugą. Przeciwdziałali moim wyjazdom ówcześni dyrektorzy łódzkiego Teatru Wielkiego Sławomir Pietras i Bogusław Kaczyński. Pamiętam ostatnią rozmowę z tymi panami. Pietras siedział za biurkiem, Kaczyński przy stoliku z boku. Pietras powiedział, że mnie nie puści i że sam Pan Bóg mi nie pomoże w tym wyjeździe.

BARBARA: Nie mieli racji. A w Brukseli zostaliśmy przyjęci naprawdę wspaniale przez ludzi z teatru i sąsiadów w pierwszym mieszkaniu.

MAREK: Zamieszkaliśmy w samym centrum miasta, na głównej ulicy, dosyć głośnej. Ale było blisko do teatru. Potem zmienialiśmy adres cztery razy. Jednak nigdy nie zapomnę, jak urządzaliśmy się w tym pierwszym belgijskim mieszkaniu. Demontowaliśmy na środku ulicy kanapę, która okazała się za duża jak na standardowe rozmiary brukselskiej klatki schodowej. Ku uciesze przechodniów wnosiliśmy ją w częściach.

BARBARA: Teraz mieszkamy z dala od centrum i gwaru, w miejscu, gdzie jest spokój i dużo zieleni. To jest apartament. Zastanawialiśmy się nad domem, ale dom trzeba nieustannie pielęgnować, a my siedzimy wciąż na walizkach. Wolimy się nie uwiązywać.

MAREK: Dziś inna jest ranga i charakter Brukseli niż wtedy, gdy przyjechaliśmy, bo teraz to stolica Unii Europejskiej, siedziba unijnych urzędów, wielka Wieża Babel.

BARBARA: Dzięki temu nikt nie musi mieć kompleksu obcokrajowca czy osoby mówiącej z obcym akcentem. Ale mimo wszystko, gdy żyje się w obcym kraju, zwłaszcza na początku, jest się emigrantem.

MAREK: Długo zaskakuje człowieka nowa rzeczywistość. Teraz to nikogo nie dziwi także w Polsce, ale dla nas, przybyłych z państwa socjalistycznego, było szokiem, że trzeba wypełnić roczne zeznanie podatkowe. Po roku naszego pobytu w Belgii nagle przyszedł dokument z ministerstwa finansów. Wpadliśmy w panikę, kompletnie nie wiedzieliśmy, co z nim zrobić i dlaczego zarabiamy mniej, niż nam obiecywano. Potem poznaliśmy sens pojęć brutto i netto.

Europejczycy

Agata świetnie mówi po polsku, chociaż w 1987 roku nie miała nawet dwóch lat. Nie pamięta pierwszego mieszkania w Brukseli, drugie kojarzy jej się z chorobami wieku dziecięcego. Z dawnej Polski oczywiście nie pamięta nic. Jest Belgijką, Europejką, ale i Polką. Wystąpiła w programie Bar, z udziałem dzieci VIP-ów.

AGATA: Pamiętam momenty z początków przedszkola, gdzie było mi bardzo trudno, bo wchodziłam w nowy świat, a dodatkowo wszyscy wokół mówili innym językiem. Nic nie rozumiałam. Czułam się okropnie wyalienowana. Pierwsze miesiące w szkole przepłakałam. Na szczęście dziecko szybko przyswaja nowy język.

BARBARA: Nie wyobrażałam sobie, że Agata mogłaby rozmawiać tylko po francusku. Od najmłodszych lat w domu był używany język polski. Postanowiliśmy, że będziemy ją kształcić równocześnie w szkole belgijskiej i polskiej, przy ambasadzie.

AGATA: Bywało ciężko, ale teraz widzę, że wysiłek się opłacił. Mówię po polsku, czytam po polsku, piszę po polsku, znam historię Polski.

BARBARA: Oprócz szkoły belgijskiej i polskiej Agata kończyła szkołę muzyczną. Sądziliśmy, że dziecku trzeba coś zaproponować, żeby ono wiedziało, czego chce w życiu. Skonsultowałam się z bardzo poważną panią profesor od skrzypiec, uważała, że Agata ma duży talent. Była zdolna, ale leniwa. Gdyby kontynuowała naukę, mogłoby coś z tego wyjść.

MAREK: Zauważyliśmy po pięciu latach, że to nie jest jej instrument. Jako muzyk wiedziałem, że bez zaangażowania się w ćwiczenia nie ma mowy o zawodowstwie. A amatorsko? Można w każdej chwili. Po skrzypcach był fortepian, po fortepianie chór i teatr. A potem Agata zaczęła dorastać. Jej żywiołem stał się śpiew i taniec. Teraz mamy już na wspólnym koncie występy razem z orkiestrą symfoniczną.

AGATA: Rodzice byli zawsze ze mną, w każdej sytuacji. Czy odniosę sukces, czy popełnię błąd. Wiadomo, że w moim wieku wybory bywają nietrafione. Ale wiem, że rodzice zawsze będą mnie wspierać. Tak, jak zawsze wspierali siebie. Podziwiam ich za to, że są tak zgraną parą. Wiadomo, czasem się kłócą, ale zawsze jednak się kochają, mimo różnych problemów zawsze są razem. Nie wiem, czy to jest dobre, czy złe, że mam tak idealny wzorzec małżeństwa. Już teraz widzę, że gdy spotykam kogoś, zawsze porównuję go do wzorca z rodzinnego domu, do rodziców.

BARBARA: Agata nie powinna mieć obciążeń i sądzić, że w jej związku musi być podobnie jak w naszym.

AGATA: Idealne podobieństwo jest niemożliwe. Kiedy wy się poznaliście, związek między kobietą a mężczyzną był inaczej traktowany niż teraz. Wtedy liczyły się kompletnie inne wartości niż w związku tak zwanego XXI wieku. Dziś młodzi ludzie są zablokowani emocjonalnie. Nie chcą pokazywać swoich uczuć, bo może to być zrozumiane jako naiwność lub słabość. Zresztą w Belgii moi rówieśnicy projektują swoją przyszłość i karierę, podczas gdy ludzie w Polsce tak wcześnie o tym nie myślą.

MAREK: Najgorsze, że wy nie macie autorytetów. My spędziliśmy młodość, postępując jednak w imię takich czy innych ideałów.

AGATA: Na szczęście ta różnica nas nie dzieli. I choć mam przyjaciół, to jednak największe zaufanie mam do rodziców. Nawet z wyjazdów dzwonię do domu i proszę o pomoc czy radę.

MAREK:  Ciągle rozmawialiśmy. O wszystkim. Nie ma żadnego tematu tabu. Nie wywieramy na Agatę presji. Mądry rodzic wie, że dziecko musi się usamodzielnić i decydować o sobie. Liczymy się z tym, że któregoś dnia trzeba będzie powiedzieć komuś:                Witaj, synu, na pokładzie.

BARBARA: Powitamy go z polską gościnnością. Ciepło i serdecznie.

MAREK: I nie musi być w moim typie (śmiech).

Rozmawiała Anna Bimer

 

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć tych tagów i atrybutów HTML :

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>